W pustyni i w puszczy, rozdział 12, str. 2

77 „Byle minąć Assuan! byle minąć Assuan!” – mówił sobie z trwogą i rozpaczą w duszy. Nie dowierzał on Chamisowi, który twierdził, że wojownicy Mahdiego dochodzą już do Assuanu, albowiem Staś temu zaprzeczył, Idrys zaś pomiarkował od dawna, że biały uled wie więcej od nich wszystkich. Ale przypuszczał, że za
pierwszą kataraktą, gdzie lud jest dzikszy, mniej podległy wpływom
Anglików i egipskiego rządu, znajdzie się więcej utajonych
wyznawców proroka, którzy w danym razie dadzą im pomoc,
dostarczą
reklama sms żywności i wielbłądów. Lecz i do Assuanu było jeszcze, jak wyliczali Beduini, około pięciu dni drogi, coraz bardziej pustynnej, a każdy postój zmniejszał w oczach zapasy dla zwierząt i ludzi. Na szczęście, mogli przynaglać wielbłądy i pędzić w największym pośpiechu, albowiem upały nie wyczerpywały ich sił.
W dzień, podczas godzin południowych, słońce przypiekało
wprawdzie mocno, ale powietrze było wciąż rzeźwe, a noce tak
chłodne, że Staś przesiadał się za zgodą Idrysa na wielbłąda Nel,
chcąc czuwać nad jej zdrowiem i bronić ją od zaziębienia. Lecz jego obawy były płonne, gdyż Dinah, której stan oczu, a raczej oka, poprawił się znacznie, pilnowała z wielką troskliwością swej panienki.
Chłopca zdziwiło to nawet, że zdrowie małej nie poniosło dotychczas szwanku i że tę drogę, z coraz mniejszymi odpoczynkami, znosiła równie dobrze jak on sam. Zmartwienie, obawa i łzy, które przelewała z tęsknoty za tatusiem, nie zaszkodziły jej zbył widocznie. Może wychudła trochę i jasna twarzyczka sczerniała jej od wiatru, ale w następnych dniach podróży odczuwała daleko mniej zmęczenia niż z początku. Prawda, że Idrys oddał jej
najlżej niosącego wielbłąda i urządził siodło znakomicie, tak że
mogła w nim sypiać leżąc, głównie jednak świeże powietrze pustyni,
którym dzień i noc oddychała, dodawało jej sił do znoszenia trudów i
niewywczasów. Staś nie tylko czuwał nad nią, ale umyślnie otaczał ją jakby czcią, której mimo ogromnego przywiązania do małej siostrzyczki wcale dla niej nie odczuwał. Zauważył jednak, że to udziela się Arabom i że ci mimo woli utwierdzają się w przekonaniu, iż wiozą coś niesłychanie cennego, jakąś wyjątkowo ważną brankę, z którą trzeba postępować jak najostrożniej. Idrys przyzwyczaił się do tego jeszcze w Medinet – toteż wszyscy obchodzili się z nią dobrze. Nie żałowano jej wody ani daktylów. Okrutny Gebhr nie śmiałby już teraz podnieść na nią ręki. Może przyczyniała się do tego nadzwyczajna uroda dziewczynki i to, że było w niej coś jakby z kwiatu i jakby z ptaszka, a urokowi temu nie umiały oprzeć się nawet dzikie i nierozwinięte dusze Arabów. Nieraz też, gdy na postojach stawała przy ognisku
nanieconym z róż jerychońskich lub cierni – różowa od płomienia i
srebrna od księżyca, zarówno Sudańczycy, jak Beduini nie mogli od
niej oczu oderwać cmokając wedle swego zwyczaju z podziwu i
pomrukując: Allach, Maszallach lub Bismillach.

2008-10-15 11:28:14