Kasprowicz, Hymny, Salome

Jan Kasprowicz Hymny Salome O przyjdź! O boski przyjdź proroku! Salome ciebie woła z płomieniami w oku! Na tę słoneczną miłości polanę, pomiędzy żądz rozkwitłe czarodziejskie zioła Salome cię woła! O przyjdź!. Salome, kłęby włosów rozwiawszy miedziane, niby wieków pożaru krwawiące się łuny, w złocistej harfy uderzyła struny i śpiewa. O przyjdź!.
O przyjdź, proroku blady!
Ogień żywy obleje twe liliowe skronie,
ogień żywy na licu-ć przygasłym zapłonie
od mych gorących warg!
Salome, białolistny kwiat Herodiady,
zerwany ręką grzechu z świadomości drzewa,
w pożarne wieków łuny rzuca pieśń swą krwawą,
swą nieskończoną pieśń —
i woła cię, proroku! Przyjdź!. W królewskiej komnacie kazałam służebnicom rozesłać kobierce, utkane z miękkiej wełny owiec z Galaadu; majestat ciężkich kotar otula me łoże, moje łabędzie puchy!.
Ach! jak się trwożę!
Jak lęka się ma dusza, aby promyk złoty
nie przedarł się zuchwale do mojej tęsknoty!
By jakiś listek mirtowy,
gdy wiatr z kryjówek gaju ciche szumy płoszy,
nie zadrżał, posłyszawszy stłumione rozmowy
naszej
tłumacz warszawa mdlejącej rozkoszy!.
Nie wejdzie nikt, prócz ciszy, w ten przybytek głuchy,
prócz ciszy i prócz żaru mojego pragnienia,
co mi rozdźwięcza serce,
że śpiewa pieśń, idącą w wieków majestacie
przez świat, ogromny świat —
tę nieskończoną pieśń:
O przyjdź, proroku, przyjdź!.

Skąpałam swą dziewiczość w przejrzystym marmurze,
gdzie zdrój różanej wody z kształtnych dziobów tryska,
a słońce przez zazdrosne ciśnie się kryształy,
ażeby rozcałować mych biódr marmur biały,
mej piersi oroszone, wpółzamknięte róże.
Kazałam się namaścić maściami wonnymi,
a uśmiech ubezwładniał me rozwarte usta
w przeczuciu nieznanej pieszczoty,
gdy Jezabel, ta płocha, ta dziewczyna pusta,
namaszczająca me łono
i mleczną szyję mą,
szeptała mi do duszy, żem ja winne grono,
najwyborniejsze z gron!
Ach! złocę się w słonecznym, błękitnym przestworzu
i czekam na winnicach engaddyjskiej ziemi,
aż przyjdzie pragnący On,
aż przyjdzie żniwiarz wybrany
i niecierpliwą dłoń
wzniesie po owoc ten złoty. Ach! przyjdź!. Na oceany niewyczerpanych żądz rzuć swoich żagli płótna i płyń!. Ach! przyjdź!. Czekam na ciebie smutna. Ach! przyjdź!.
Czekam na ciebie wesoła, radosna
onym pragnieniem, co się spełnić ma,
jako ta kwieciem pękająca wiosna!
Ach! przyjdź!
Powieki mi się kładły na przepastne głębie
moich senliwych ócz,
gdy gdzieś, na dnie ich, wielkim, jak za krańcem świata
nieogarnięta oceanów toń,
kąpały się obrazy, rozkoszne, jak woń,
płynąca z Raju, gdzie — brat zabił brata!. A były-ć w swej rozkoszy zabójcze, jak śmierć, co na tę misę rzeźbioną rzuciła mi w swym szale lubieżnym twą skroń, owitą w włosów krucz, ociekających krwią. Ach przyjdź!.

Jak twe źrenice, choć umarłe, płoną!

O ty kochanku mój!
O mój jedyny kochanku!
Rozpalę w alabastrach kosztowne oleje,
otoczę światłościami jedwabiste łoże,
z nocy dzień biały stworzę!
Niech tych światłości zdrój
oblewa naszą miłość, by lśniła, jak zorze
konającego dnia!. O Jezabel, ty płocha, ty dziewczyno pusta! O Jezabel, przed tobą ma się dusza śmieje i moje wargi drżą, moje rozwarte usta!. Lub zgaszę w drogich czarach płonące pochodnie, szkarłatem, jak mrok gęstym, łożnicę osłonię, promieniom gwiazd przystępu w ten kościół zabronię, niech nasza miłość utonie w wieczystej, nieodgadłej, niezgłębionej nocy!.
Kasprowicz, Hymny, Salome tłumacz warszawa fragment 20

2008-11-26 09:49:33